Niżej Podpisany

.

Pisarz domniemany. Specjalista od absurdu krajowego. Fanatyk twórczego konkretu. Tyle możemy powiedzieć o nim na pewno. [więcej]

Sprawdź wydane do tej pory książki Podpisanego

Spadochron no limit

.

Opowiadanie pochodzi z drugiej serii opowiadań ćwierćabsurdalnych Niżeja Podpisanego. Pierwszy tom serii będzie wydany w grudniu 2009.

.

Dyrektor lotniska międzynarodowego wisiał na linkach i sprawdzał ich kolor w słońcu łaskawie przyświecającym mu spomiędzy groźnie wyglądających chmur burzowych. Linki były podwieszone na karabińczykach do haków w suficie, który zgodnie z koncepcją lotniska ("sky is no limit") znajdował się na wysokości przekraczającej granice wyobraźni wewnątrzprzestrzennej budynków użyteczności publicznej. Dzięki temu gabinet dyrektorski, który nie należał do małych, zgodnie z drugą koncepcją lotniska ("space is no limit") wydawał się być olbrzymim penthousem o powierzchni co najmniej trzystu metrów kwadratowych. W rzeczywistości było ich dwieście pięćdziesiąt i pan dyrektor z wysokości zadanej przez długość spadochronowych linek wyraźnie nad tym ubolewał:

- A ja mówiłem, żeby przejąć połowę stołówki, to mnie nie słuchali, a teraz proszę, ja muszę się gnieździć.

Gnieździł się z trzema panami od spadochronu i dwoma panami od materiałów ekskluzywnych, a dokładniej - oni gnieździli się na małej dwuosobowej sofie. Gnieździli się od dwóch godzin, bo dyrektor znany był z pedantyczności i teraz każdą swoją uwagą potwierdzał tę krążącą o nim po płycie lotniska legendę.

.

Sprawa była wielkiej wagi, przynajmniej wagi spadochronu reprezentacyjnego. Jeżeli nawet spadochrony tego typu do tej pory nie istniały, to właśnie byliśmy świadkami powstawania pierwszego i wszystko rozbijało się o kolor tych nieszczęsnych linek.

Jedne linki były za twarde, ale miały dobry kolor, błękit koszulowy Dark Day on Wall Street. Mogły niestety uszkodzić nienagannie dobrany materiał marynarki (tak, pan dyrektor wisiał w marynarce, skoro chciał wszystko dobrać pod kolor). Z kolei linki bardziej miękkie były wymarzone dla snobów pokroju dyrektora sparaliżowanego lotniska międzynarodowego. Były wykonane w rewolucyjnej technologii SkySafe, czegokolwiek by ona nie oznaczała, ale posiadały jedną wadę formalną - miały kolory dobre dla podrastających adeptów skoków z wież spadochronowych, a dyrektor zaliczył już jeden prawdziwy skok, co prawda razem z ochroniarzem, z tym że ochroniarz, jak zwykle, się nie liczy.

- Co wy mi tu dajecie: różowy, jaskrawy zielony, jaskrawy pomarańczowy, jaskrawy turkusowy. Nie macie czegoś bardziej pasującego dla poważnych facetów takich jak ja?

- Panie dyrektorze - przerwał mu głos sekretarki, który rozległ się pokornie z interkomu. - Panie, dyrektorze, przedstawiciele strajkujących poinformowali, że zablokowano terminal odlotów.

- Ja mam spotkanie, powiedz im - odparł dyrektor lekko machając nogami ze zdenerwowania. - No panowie, ja zaczynam się denerwować tymi linkami, a został jeszcze materiał na czaszę spadochronu i materiał ochronny. Po to was tutaj sprowadziłem, żebyście przygotowali mi najlepszy pod słońcem spadochron reprezentacyjny, skoro ja mam w nim mieć sesję do Aircraft Industry. Fotograf przylatuje w piątek i do tego czasu chcę mieć wszystko zapięte na ostatni guzik od Gordoniego. I żeby działało, nawet jakbym ja w tym spadochronie miał naprawdę wyskoczyć ze swojej błękitnej awionetki.

- Proponuję wykonanie linek na zamówienie. Miękkie SkySafe w kolorze błękitu koszulowego.

- Tego ja oczekiwałem. Dobrze. teraz czasza. Czy ktoś mnie może odczepić? Jak ja mam sprawdzić czaszę, skoro wiszę na linkach. Panowie, więcej polotu. Ja nie zatrudniłem was po to, żebyście spali u mnie na sofie za dwadzieścia tysięcy.

Pięciu panów zerwało się do złapania pana dyrektora. Postawili go na drabinie, gdzie spędził na oglądaniu materiału do czaszy kolejne dwie godziny. I tu nie było łatwo. Nie ten kolor, nie ten "tekstiur", nie to odbicie światła.

.

- P... panie dyrektorze, strajkujący zablokowali przyloty. Na hali głównej koczuje jakieś trzy tysiące ludzi i dochodzi do aktów p... przemocy - wydukała z siebie sekretarka, a jej głos, rozlegający się z sześciu głośników, brzmiał jak donośna panika.

- Ja jestem zajęty. To jak panowie, macie inne próbki, bo to co zaproponowaliście w spadochronie próbnym jest, z przykrością stwierdzam, dobre co najwyżej dla słabo kumającego dyrektora lotniska polowego w Dupimiu. Na moim lotnisku wyznajemy zasadę "imagination is no limit". Ja oczekuję propozycji, ja.

- Próbki są, oczywiście że są, panie dyrektorze, ale jeśli chce pan zająć się strajkującymi, jesteśmy w stanie poczekać. Jak rozumiem, jest to nieco ważniejsza kwestia, niż czasza.

- Myśli pan? - tu nastąpiła zaduma na siódmym szczeblu drabiny tytanowej.

- Panie dyrektorze, przepraszam - odezwał się znowu przestraszony kwadrofonicznie głos sekretarki.

- Tak, tak, proszę do mnie mówić! - krzyknął dyrektor.

- Panie dyrektorze, przyszedł pan van Hookjes. Kazał przekazać, że przyniósł propozycje profesjonalnych kasków spadochronowych z systemem poduszek powietrznych.

- A tak, proszę prosić, koniecznie. Panowie, zróbcie coś. Ja nie mogę tu stać na drabinie. Ja kaski muszę oglądać.

.

(c) Copyright by Wydawnictwo Indigo 2006-2008

.

.