"Ad Absurdum"

.

Antologie tekstów 1. i 2. edycji konkursu "Ad Absurdum" już w sprzedaży! [więcej]

Przeczytaj noty o autorach książki Śmiertelnie absurdalne zebranie

Pozdrowienia z Tokio (fragment)

Sławomir Góralewski

.

Opowiadanie pochodzi z książki Śmiertelnie absurdalne zebranie.

.

.

1

.

Na targu staroci, wśród wietrznych dzwonków, starych wag i drewnianych papug, leżał wspaniały, japoński łapacz snów. Cena nie była wygórowana, bo któż mógł przypuszczać, jaką przebył drogę i jaka jest jego prawdziwa wartość. Maria od jakiegoś czasu nie mogła zasnąć, więc pomyślała, że zrobi piękny prezent na swoje czterdzieste urodziny.

- Jak to działa? - zapytała handlarza, który miał co prawda o tym pewne pojęcie, ale było ono blade jak twarz anorektyka.

- Można to powiesić nad łóżkiem - powiedział wycierając dorodną, kalifornijską truskawkę, która była jego nosem.

.

.

2

.

W ten marcowy poniedziałek wstałem niestety lewą nogą. Przetarłem oczy, podrapałem się po szyi i otworzyłem szafę, z której wypadła marynarka. Szamotałem się z nią przez chwilę i odłożyłem na fotel. Wkroczyłem do łazienki, ziewnąłem i stanąłem przed lustrem spotykając się z moim niewyraźnym odbiciem, które z czasem stawało się coraz wyraźniejsze, chociaż ciągle nie mogłem, albo nie chciałem, w nim rozpoznać siebie. Stał bowiem przede mną brudny, obdarty i rozczochrany, niemłody już Meksykanin, od którego uciekły nawet muły. Wziąłem gorącą kąpiel, ogoliłem się i sięgnąłem po krem nivea. Widząc jednak, że opakowanie zawiera już tylko kilka ostatnich mazów, ogarnęła mnie wielka melancholia, która zaczyna się zawsze wtedy, gdy coś się kończy. Poczułem się, jakby nagle zgasło światło, jakbym stał samotnie na scenie ze wzrokiem wbitym w podłogę. I nagle, z czeluści mroku, wyłoniło się kilka postaci w białych kostiumach, owijając się i tańcząc wokół mnie:

- Jesteśmy Mazy, Ostatnie Twoje Mazy.

.

"Niezły temat na musical", pomyślałem, wtarłem je w twarz i wróciłem do pokoju. Wrzuciłem na siebie marynarkę i trzasnąłem drzwiami z taką siłą, że te omal nie pospadały z zawiasów. Wyszedłem na korytarz. W windzie skinąłem głową w stronę sąsiadki, ale ta nie odwzajemniła uprzejmości. Jej twarz była czerwona, a po czole i nosie spływały skąpane w świetle nagiej żarówki strużki potu zmieszanego z pudrem. Widać było, że z trudem łapie powietrze, jak osoba, która widzi ducha, bokser trafiony w brzuch albo wigilijny karp.

Przyczyna tego była dosyć prozaiczna. Chodziło o to, że zapomniałem włożyć spodnie. Cóż, zdarza się. Ktoś inny może zacząłby się w tej sytuacji głupio tłumaczyć, ale ja tylko cicho westchnąłem i nacisnąłem guzik.

W domu wciągnąłem jeansy, przeczesałem się, dopiłem resztki przedwczorajszej herbaty i wyszedłem, do sklepu z farbami. Czekało mnie bowiem małe rendez-vous z nadsztygarem Gadulcem, którego postać wywoływała we mnie śmiech pomieszany z płaczem, ogólnie zaś biorąc - wzmożoną produkcję limfy.

Kilka godzin później siedział przede mną, ubrany w mundur galowy, emerytowany górnik - nadsztygar Marian Gadulec. Coś mnie jednak wyraźnie blokowało, nie potrafiłem wydobyć z siebie ani krztyny ochoty na namalowanie okolicznościowego obrazu. W oczach milczącego Gadulca malowało się coś, co nie dawało mi spokoju. Kolejny raz sięgałem po pędzel i po raz kolejny cofałem rękę.

W pewnym momencie nie wytrzymałem. Przeprosiłem nadsztygara i otworzyłem drzwi, przez które nie mógł się wygramolić z powodu szabli i pióropusza zahaczającego o framugę. Zapanowałem nad nerwami i postanowiłem spotkać się z kolegami, których należało szukać na ławce pod blokiem, skubiących słonecznik i jak zwykle zastanawiających się, dlaczego drzewa są zielone, a niebo niebieskie. Ławka była azylem, punktem odniesienia.

Ja, Kucharz, Welon i nasza ławka byliśmy jak rozbitkowie na tratwie, na morzu pełnym wirów.

.

.

3

.

Osiedle Piastów. Ławka. Czyste niebo, księżyc w pełni.

- A jeśli księżyc jest tylko dziurą wyciętą w pomalowanej na niebiesko tekturze? - zastanawiał się głośno Welon. Pokłoniłem się głęboko nad jego wizją, prawie do ziemi, gdy nagle coś wywołało mój niepokój.

- Patrzcie, ten blok się chwieje.

- W którym miejscu?

- Patrz na ten kant, przecież on się przechyla w naszą stronę!

- Nic nie widzę - Welon stanął, żeby się przyjrzeć, księżycowa poświata pełzała mu po włosach.

- Tak, akurat. To nie blok, tylko ty się chwiejesz! Jestem głodny, kupmy trochę chleba.

Na myśl o chlebie przypomniał mi się znowu nadsztygar. Podzieliłem się wątpliwościami dotyczącymi obrazu, kończąc stwierdzeniem, że po prostu nie wiem, jak go namalować.

- Najlepiej rybim ogonem umoczonym w smole - odezwał się Kucharz, a Welon ryknął ze śmiechu.

- Cicho, bo znowu zadzwonią na policję - zatrząsłem się jak mała panda.

- A może pojedziemy na lądowisko kosmitów. Albo odwiedzimy pawiana?

- E, nie, tu jest dobrze - powiedział Kucharz.

- Patrzcie, na dziewiątym widać jakieś światełko.

- To wygląda jak krasnoludek.

- Nie, to jakiś facet pali papierosa. Pewnie stara go wyrzuciła na balkon.

Wzięliśmy po sztachu. Rozległ się głośny kaszel i krztuszenie. Ludzie, którzy spieszyli do domu starali się nie patrzeć w naszym kierunku, omijali nas. Zresztą, nie tylko oni. Niemal wyczuwałem pod stopami, jak omijają nas także krety, które chyba instynktownie czuły, że na powierzchni coś się dzieje, echo kaszlu odbijało się między filarami pod blokiem. Welon chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. A Kucharz wyglądał jak nurek w dekompresji. Czas upływał, o trzeciej przypomnieliśmy sobie o piekarni, zapukaliśmy w metalowe, ciężkie drzwi. Stanął w nich stary jak dąb piekarz, na którego twarzy widać było każdy przepracowany tutaj rok. Wzięliśmy po bochenku, włożyłem sobie wielki kawał do ust, przeżułem i ogarnęła mnie fala ciepła. Piekarz wyszedł na zewnątrz, oparł się o mur, zapalił papierosa, spojrzał na blokowisko i nieliczne okna z pozapalanymi lampami.

- Krety - powiedział cicho, jakby do siebie, i zadumał się. Cień papierosa położył się na jego białym uniformie długą wstęgą. Welon zrozumiał "kretyn", wziął to do siebie i rzucił się do bicia. Złapaliśmy go, spojrzałem mu w oczy i patrzyłem w nie tak długo aż przestał wierzgać nogami. Potem piekarz opowiedział nam historię swojego życia i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż ujął ją w niesamowicie jasną i czytelną dla mnie metaforę, poczułem się zupełnie jak pielgrzym, który stanął u wrót klasztoru. Piekarz mówił o tym, że człowiek jest rolnikiem, który uprawia swoje życie. Było ciepło, szumiało mi w głowie, wyobraziłem sobie palmy kokosowe i czyste jak kryształ morze.

.

Miałem przeczucie, że czas poszukać, jeśli nie nowej Ziemi, to chociaż nowych nasion. Pewnie na jedno wychodzi.

.

(c) Copyright by Wydawnictwo Indigo 2006-2008

.

.